1.03.2016

Maslow o naturze człowieka




1.Sama natura człowieka nadaje mu pęd ku coraz pełniejszemu Byciu, coraz doskonalszej aktualizacji swego człowieczeństwa /…/ Człowiek nie jest do końca ukształtowany czy uformowany w człowieczeństwie ani nauczony być człowiekiem. Rola otoczenia polega ostatecznie na tym, żeby pozwolić mu lub pomóc w aktualizacji jego własnych możliwości, nie zaś możliwości otoczenia. Otoczenie nie obdarza go możliwościami i uzdolnieniami; on je ma w formie zaczątkowej czy zarodkowej, tak samo jak ma embrionalne ręce i nogi. Twórczość, spontaniczność, osobowość, autentyczność, troska o innych, zdolność do miłości, pragnienie prawdy – to zarodkowe możliwości właściwe jego gatunkowi, tak samo jak jego ręce, nogi, mózg i oczy.

Nie stanowi to sprzeczności z już zebranymi danymi, które jasno pokazują, że życie w rodzinie i w kulturze jest niezbędne dla zaktualizowania tych psychologicznych potencjalności, które określają człowieczeństwo. Unikajmy tutaj pomieszania pojęć. Ani nauczyciel, ani kultura nie tworzą istoty ludzkiej [vel natury człowieka]. Nie zasiewają w nim zdolności do kochania, do ciekawości, do filozofowania, do używania symboli lub tworzenia; raczej tylko pozwalają czy pielęgnują, czy zachęcają i pomagają, żeby to, co istnieje jako zarodek, stało się realne i rzeczywiste. (s. 159)

2. Grupa myślicieli, którzy pracują nad samoaktualizacją, nad jaźnią, nad autentycznym człowieczeństwem itp., ustaliła raczej niezbicie, iż człowiek ma tendencję do samourzeczywistnienia. W wyniku tego jest upominany, żeby był wierny własnej naturze, żeby ufał sobie, żeby był autentyczny, spontaniczny, szczery w wyrazie, żeby szukał źródeł swych działań w głębi własnej wewnętrznej natury.

Jednak jest to rada idealistyczna. Ci myśliciele nie przestrzegają wyraźnie, że większość dorosłych nie wie, jak być autentycznym i że chcąc „wyrazić samych siebie” mogą sprowadzić katastrofę nie tylko na siebie, ale i na innych. /…/ Ci myśliciele są pod wieloma względami niedbali. Założyli nie precyzując jasno, że jeśli możesz zachować się autentycznie, to zachowasz się dobrze, że jeśli emitujesz działanie ze swojego wnętrza, to będzie to zachowanie dobre i słuszne. Bardzo wyraźnie zakłada się, że ów wewnętrzny rdzeń, to prawdziwe ja, jest dobre, godne zaufania, etyczne. To stwierdzenie wyraźnie odbiega od twierdzenia, że człowiek sam się aktualizuje, i powinno być osobno udowodnione.

/…/ Nie możemy jednocześnie rozgrywać dwóch gier – biologicznej i socjologicznej. Nie możemy twierdzić, że kultura sprawia wszystko bez wyjątku i że w człowieku istnieje wrodzona natura. Jedno twierdzenie wyklucza drugie. (s. 159-160)

3. Jeśli pragniemy pomóc ludziom w rozwoju ich człowieczeństwa, to musimy zdać sobie sprawę nie tylko z tego, że oni sami próbują się zrealizować, lecz również że są niechętni, boja się czy są niezdolni do tej realizacji. Dopiero zdając sobie w pełni sprawę z tej dialektyki między zdrowiem a chorobą możemy pomóc w przechyleniu szali na rzecz zdrowia. (s.164-165)

4. „Dobrą istotę ludzką” możemy zdefiniować jedynie na podstawie jakiegoś kryterium człowieczeństwa. /…/

Tutaj okażą się bardzo pożyteczne sformułowania Roberta Hartmana (59). Dobra istota ludzka jest dobra o tyle, o ile spełnia lub czyni zadość pojęciu „istoty ludzkiej”. (s.168)

Hartman zaprzecza tezie, jakoby imperatywy moralne można wyprowadzić z danych psychoanalitycznych. /…/ Twierdzę, że psychoanaliza i inne terapie odkrywające po prostu odsłaniają, czyli ukazują wewnętrzny bardziej biologiczny i instynktoidalny rdzeń natury ludzkiej. /…/ Wszystkie podstawowe potrzeby należą do tej kategorii, jak również wrodzone uzdolnienia i talenty jednostki. Nie mówię, że są to „powinności” lub „nakazy moralne”, przynajmniej w dawnym zewnętrznym sensie. Mówię jedynie, że są one wrodzone naturze ludzkiej, a ponadto, że ich negowanie i zniweczenie powoduje psychopatologię, a więc zło, bo chociaż nie są to synonimy, patologia i zło na pewno zachodzą na siebie (174-175)

5. Każdy z nas ma swą zasadniczą, wewnętrzną naturę, która jest instynktowna, tkwiąca w nas, dana, „naturalna”, to znaczy wyposażona w dający się określić dziedziczny czynnik determinujący, i która wykazuje silną tendencję, aby się utrzymać. /…/

Włączam do tej zasadniczej wewnętrznej natury instynktoidalne potrzeby podstawowe, zdolności, talenty, strukturę anatomiczną, równowagę fizjologiczną lub temperamentu, uszkodzenia przedporodowe i porodowe oraz urazy w niemowlęctwie. Ten wewnętrzny rdzeń objawia się jako naturalne inklinacje, skłonności lub wewnętrzne zamiłowania. /…/ (s.185)

Ten wewnętrzny rdzeń, chociaż opierający się na ludzkiej biologii, w pewnym sensie jest raczej słaby niż silny. Łatwo daje się przezwyciężyć, wyprzeć lub stłumić. Można się go nawet pozbyć bezpowrotnie. /…/

Wewnętrzna natura każdej osoby ma pewne cechy posiadane przez wszystkie inne jednostki (obejmujące cały gatunek) i ma inne należące wyłącznie do danej osoby (idiosynkratyczne). (s.186)

Wiele aspektów tej wewnętrznej, głębszej natury jest albo (a) aktywnie wypieranych, jak to opisał Freud, ponieważ jednostka boi się ich lub je potępia, względnie są one obce jej ego, albo (b) „zapomnianych” (zaniedbanych, nie używanych, pominiętych, nie wyrażonych słownie lub stłumionych), jak to opisał Schachel. Przeto wiele z tej wewnętrznej, głębszej natury należy do sfery nieświadomości. (s. 187)

6. Z tego punktu widzenia społeczeństwo lub kultura mogą albo podsycać wzrost, albo go powstrzymywać. Źródła wzrostu i człowieczeństwa znajdują się zasadniczo wewnątrz osoby, społeczeństwo ich nie tworzy ani nie wymyśla, ono może tylko dopomóc lub przeszkodzić rozwojowi człowieczeństwa. Jest to prawda, chociaż wiemy, że kultura jest niezbędnym warunkiem dla samoaktualizacji samego człowieczeństwa, na przykład język, myślenie abstrakcyjne, zdolność do miłości; ale to wszystko istnieje w formie potencjalnej w zalążku ludzkiej plazmy wcześniej niż kultura. (s. 207)


A.H. Maslow, W stronę psychologii istnienia, Warszawa 1986.

Czym jest realne człowieczeństwo?



Filozofia od początku (właściwie od Sokratesa) badała ludzką naturę. Filozofom wydawało się bowiem, że człowieka należy sprowadzić do samej natury. Oczywiście Platon marzył, że ludzka natura istnieje i funkcjonuje w świecie idealnym jako wzorzec człowieczeństwa. Ale Arystoteles szybko sprowadził ją na ziemię dowodząc, że wszystko, czym jest człowiek, musi być zawarte w jego substancjalnym bycie. To oznaczało, że ludzka natura nie buja w obłokach, lecz stąpa razem z nami po ziemi. Tak powstała pierwsza naturalistyczna koncepcja człowieka. Człowiek rodzi się z człowieka i rodzice przekazują nam wyposażenie istotowe, czyli właśnie ludzką naturę.


Problem pojawił się wtedy, gdy chodziło o wyjaśnienie ludzkiej rozumności. Arystoteles przyjmował, że Pierwszy Poruszyciel jest doskonałym umysłem, a zatem mógł być przyczyną ludzkiej rozumności, chociaż nie było wiadomo, jak to się dzieje. I nie było jasne, dlaczego tylko człowiek jest rozumny? Już znacznie później Augustyn stwierdził, że rozumną duszę człowieka stwarza sam Bóg. Ale takie stwierdzenie narzucało wniosek, że człowieczeństwo należy utożsamić z rozumną duszą. A gdzie się podziała cała reszta? Znów nie wiadomo.



Scholastyka na nowo podjęła interpretację ludzkiej natury. Stało się jasne, że człowiek jest bytem duchowo-cielesnym. Posiada duszę i ciało, które razem tworzą ludzką naturę. W ten sposób powrócono w zasadzie do ustaleń arystotelesowskich. Jednak doktryna katolicka było już tematycznie znacznie bogatsza. Odbywano poważne dyskusje teologiczne dotyczące ludzkiej natury Chrystusa i jego człowieczeństwa (homo factus est). To prowadziło do sformułowania nowych zagadnień i rozwiązań. Już od czasów Augustyna i Boecjusz podejmowano dyskusje na temat relacji między naturą i osobą. Zastanawiano się, jak są one ze sobą powiązane jednocześnie różniąc się od siebie. Okazało się, że z tych rozważań teologicznych wynikało szersze rozumienie samego człowieczeństwa. W ten sposób człowiek stał się osobą powiązaną z naturą. Chociaż nie uświadamiano sobie do końca ważności tego stanowiska, to jednak wystąpił on w ujęciach antropologicznych i chrystologicznych. Jeżeli nawet scholastyka nie rozstrzygnęła tego problemu, to dzięki ujawnieniu go przekazała dalszym pokoleniom. W każdym razie należy stwierdzić, że odtąd można mówić o człowieku jako osobie powiązanej z naturą. Może trochę na wyrost można powiedzieć, że człowieczeństwo będzie odtąd obejmowało osobę i naturę człowieka.



Filozofia nowożytna cofnęła problematykę człowieczeństwa niemalże do punktu wyjścia. Kartezjusz stworzył nieprzezwyciężalny dualizm. Człowiek rozpadł się znowu na duszę i ciało radykalnie sobie przeciwstawione. Przy czym dusza staje się już nie formą ciała, lecz odrębną substancją myślącą (res cogitans), czyli tym, co później zostanie zdefiniowane jako świadomość (jaźń). Pojawia się więc jakieś abstrakcyjne myślenie (cogito) oraz rozciągła cielesność (też abstrakcyjna). Gdzie w tym wszystkim szukać człowieczeństwa? Nie wiadomo, chyba zupełnie znikło. Okazuje się, że cała nowożytność idzie w kierunku utożsamienia człowieczeństwa z myślącą rzeczą – czyli świadomością. Cały ten nurt kończy się na Husserlu, który zamierza już badać wyłącznie ludzką świadomość. Najlepszym podsumowaniem tego antropologicznego stanowiska jest określenie człowieka w systematyce biologicznej jako homo sapiens – człowiek myślący.



Trzeba więc wprost zapytać: – gdzie zamieszkuje człowieczeństwo? Czy człowieczeństwem jest sama natura człowieka? Czy może jest nim tylko osoba? Czy wreszcie człowieczeństwem będzie ludzka świadomość (lub cogito)? Każda z tych propozycji wskazuje na pewien element współtworzący ludzki byt. Ale tak naprawdę nasze człowieczeństwo obejmuje wszystkie te trzy elementy. Nie wystarczy jednak stwierdzić, że człowiek jest naturą i osobą i świadomością, gdyż to nic nam nie mówi. Wydaje się, że trzeba dzisiaj pokazać wzajemne powiązania i zależności przyczynowe, że trzeba poszukiwać to, co realne, a odrzucać pozory realności. Trzeba więc wyjaśnić, jak te elementy mają się do siebie wzajemnie, co stanowi podstawę i fundament ludzkiego bytu, a co jest jedynie pozornym przejawem realności.



Taką poważną interpretację antropologiczną jest w stanie dać nam jedynie metafizyka. To właśnie metafizyka bada zależności przyczynowe, wskazuje na przyczyny i skutki, dzięki czemu osiągamy zrozumienie realności, co w przypadku człowieka ma zasadnicze znaczenie. Co w człowieku jest realne i skąd się bierze ta realność? Czy podstawą i przyczyną realności jest natura, czy osoba, czy może jednak świadomość? Przecież Kartezjusz twierdził – cogito ergo sum (myślę więc jestem). I właśnie tutaj metafizyka ostro protestuje. Myślenie nie może być w żadnym wypadku przyczyną realności. Myślenie jedynie wymyśla różne rzeczy (treści pojęciowe, czyli znaczenia), ale nie posiada mocy sprawczej i nie jest w stanie wymyślić realności. Realność pochodzi wyłącznie od istnienia jako jedynej przyczyny realności. Dlatego przyczyną i zasadą realności ludzkiego bytu jest jego istnienie (akt istnienia), jak stwierdził Tomasz z Akwinu.



Natomiast przyczyną sprawczą wszelkiej realności jest Bóg jako Czysty Akt Istnienia. Bóg (Boskie Istnienie) przyczynuje stworzony akt istnienia w każdym realnym bycie. Zatem Bóg stwarza ludzkie istnienie, które stanowi wewnętrzną zasadę realności człowieka. Dopiero następnie ów stworzony akt istnienia wyłania z siebie (emanuje) realność istotową. Tak powstaje ludzka natura, czyli treściowy porządek istotowy człowieka. Ludzka natura ma więc przyczynę w akcie istnienia. Istnienie stworzone przez Boga jest wyposażone we własności transcendentalne (m. in. w prawdę, dobro i piękno). I właśnie aktywność tych własności istnieniowych sprawia istotę bytu i wpływa na jej kształt. Własności osobowe kształtują duchowość istotową, zaś własności nieosobowe (ożywcze) tworzą życie ożywiające materię. Na kształt wyposażenia istotowego wpływają również przyczyny zewnętrzne (dlatego jesteśmy podobni do rodziców).



Gdzie w tym wszystkim należy szukać osoby? Zostało już wyjaśnione, że ludzka natura jest związana z porządkiem istotowym. To właśnie istota bytu, pojmowana jako złożona z formy i materii, była w swoim działaniu określana jako natura. Dlatego najprościej jest stwierdzić, że natura człowieka obejmuje duszę i ciało. Dusza była zawsze pojmowana jako zasada ożywiająca ciało. Arystoteles przyznawał duszy postać aktu formy, który miał określać i determinować materialną cielesność. Gdy więc utożsamiamy człowieka z naturą, wówczas pojmujemy go jako złożonego z duszy i ciała. Jednak takie złożenie nie może istnieć i funkcjonować samodzielnie. Stąd Augustyn twierdził, że duszę jako samodzielną substancję stwarza Bóg. To obarczałoby jednak Boga odpowiedzialnością za niedoskonałość duszy. Z kolei ludzka dusza nie może powstawać na drodze naturalnej, czyli dzięki ewolucji, gdyż radykalnie przekracza porządek naturalny (jako siła ożywcza i jako rozumność).



Dlatego konieczne stało się dalsze odkrycie metafizyczne. Dokonał go Tomasz z Akwinu. To on uznał, że realny byt musi zawierać przyczynę swej realności (żeby odróżniać się od poznawczego pojęcia). Taką zasadą i przyczyną może być jedynie akt istnienia. Jak już wspomnieliśmy, akt istnienia jako podstawa realności jest stwarzany bezpośrednio przez Boga (przez Czysty Akt Istnienia – Ipsum esse). Bóg stwarza ludzkie istnienia. W przypadku człowieka akt istnienia jest istnieniem osobowym. Tak określił je K. Wojtyła (Osoba i czyn). Polscy tomiści zawsze mieli świadomość, że człowiek jest przede wszystkim osobą. Dzięki ich dorobkowi możemy dziś stwierdzić, że stworzone przez Boga istnienie stanowi osobową podmiotowość. Dlatego należy przyjąć, że Bóg stwarza bezpośrednio ludzką osobę. Stworzone istnienie jest u człowieka wyposażone we własności osobowe, czyli w osobową prawdę, osobowe dobro i osobowe piękno. I dopiero dalej te osobowe własności tworzą i przyczynują duchowe wyposażenie istoty człowieka, czyli jego duszę. Natomiast własności nieosobowe cechujące stworzone istnienie stanowią jakąś egzystencjalną podmiotowość życia (vivere jako moc ożywcza). Ta egzystencjalna moc ożywcza istnienia sprawia biologiczne życie, które organizuje cielesną materię w żywy organizm. W ten sposób porządek egzystencjalny przyczynuje i kształtuje sferę istotową. Własności istnieniowe kształtują treściowy porządek istoty. Na tym właśnie polega sprawcza rola istnienia w przyczynowaniu całego bytu.



Jeżeli teraz zapytamy o stosunek i zależność osoby i natury, to trzeba odpowiedzieć, że to osoba (jako podmiotowość istnienia) tworzy i kształtuje porządek natury (jej treściowe wyposażenie) zarówno na poziomie duchowym, jak i na poziomie cielesnym dzięki powiązaniu z życiem ożywiającym ciało. Dlatego ludzka natura nie może istnieć bez osobowego istnienia. Natura przede wszystkim w zakresie swej duchowości jest podporządkowana bezpośrednio osobie, a pośrednio także w zakresie swej ożywionej cielesności. Bez tych związków natura nie może prawidłowo funkcjonować.



Co więc się stanie, gdy natura będzie chciała się oderwać od osoby? Otóż wówczas następuje znany dramat człowieka. Katolicka teologia nazywa to upadkiem grzechu pierworodnego. Jest to efekt tego, że natura pragnie działać sama z siebie. Jak już mówiliśmy, natura czerpie swoją realność i realne działanie od aktu istnienia (czyli od osobowej aktywności). Jeżeli jednak będziemy chcieli zadziałać inaczej, niejako wbrew realności, to wówczas wkraczamy w całkiem nowy porządek – czyli w podmiotowość intencjonalną. Tak właśnie „powstaje” nasza świadomość. Gdy natura w zakresie swej duchowości oderwie się od osobowej podmiotowości i aktywności, wtedy popada w stan możnościowy. Próbuje wówczas wydobyć swoje działanie z poziomu możnościowego. Władze duchowe same w sobie stanowią możność (potentia). Aby działać w sposób realny i osobowy, muszą czerpać aktywność z mocy sprawczej osobowych własności istnieniowych. Ale jeśli tego zabraknie, to duchowe władze możnościowe zostają sprowadzone do poziomu potencjalnego (intencjonalnego), a to znaczy, że utraciły realną moc działania i pozostaje im jedynie działanie nierealne (niezbyt realne), czyli pozorne. Wtedy pojawia się myślenie (cogito) w naszym rozumie, w woli zaś pojawia się wolny wybór (liberum arbitrium), natomiast w naszej uczuciowości pojawiają się doznania przyjemności (passiones delectationis). W ten sposób w naszej duszy rodzi się sfera możnościowa, czyli świadomość, która zaczyna działać wyłącznie pod wpływem efektów doznań cielesnych (doznań zmysłowych). Rozum zaczyna kierować się wrażeniami zmysłowymi, wola zaczyna wybierać spośród pożądliwości zmysłowych, a uczucia doświadczają jedynie przyjemności zmysłowych.



Tak powstaje sfera możnościowa naszej upadłej natury, którą filozofia nowożytna nazwała świadomością (a wcześniej jaźnią). Potocznie świadomość ujmuje się jako podmiotowość myślenia, idąc za myślą Kartezjusza. Ale już u samego Mistrza cogito obejmowało działania wszystkich trzech władz duszy. Niestety w przeciwieństwie do podmiotowości osobowej świadomość nie stanowi realnego podmiotu. Ona jest jedynie podmiotowością intencjonalną (używając terminologii fenomenologicznej) albo podmiotowością możnościową (używając terminologii arystotelesowskiej).



Przeto świadomość nie może stanowić realnego człowieczeństwa, ale jest tylko wypaczeniem ludzkiej natury. Oczywiście ludzka natura może się kierować propozycjami świadomości, ale to zupełnie nie znaczy, iż osiąga w ten sposób poziom realności. Mówiąc bez ogródek natura staje się dzięki temu mniej realna lub niezbyt realna (czyli nierealna). Nasze myślenie nigdy nie będzie miało statusu realnego aktu. Ono pozostaje zawsze czymś możnościowym. Jest intencjonalne, czyli posiada status intencji myślnej, a nie realności.



Dlatego nie wolno uważać świadomości za przejaw ludzkiego człowieczeństwa, gdyż wówczas sprowadzamy człowieczeństwo do czegoś tylko pomyślanego, a człowieczeństwo powinno być czymś zasadniczo realnym. Nie można sprowadzać człowieczeństwa do samej świadomości. Stąd definiowanie człowieka jako świadomość jest poważnym błędem. Realny człowiek jest osobą. Człowiek jest przede wszystkim osobą. Jest osobową podmiotowością, która przyczynuje i sprawia cały porządek natury ludzkiej. Dopiero kiedy natura próbuje się oderwać od osoby, wtedy staje się świadomością, czyli podmiotowością intencjonalną. Ale to nie jest realny podmiot działania. Człowiek w swoim człowieczeństwie musi być czymś realnym, a nie tylko pomyślanym. Dzisiaj człowiek woli wymyślać siebie od nowa niż zgodzić się na swoją własną realność. Dlaczego tak się dzieje? Otóż człowiek upatruje swoją wolność właśnie w myśleniu i wybieraniu, a także przeżywaniu przyjemności. Ale to jest jakieś potworne złudzenie. Wszystko bierze się stąd, że porzucono metafizykę i dlatego zapomniano o realności. Trzeba przywrócić poznanie realności, bo inaczej zginiemy skacząc w ponurą otchłań myślenia. Czyżby już nie było ratunku dla człowieka?

Jak uratować własne człowieczeństwo?




Współczesny człowiek nie zdaje sobie sprawy jak bardzo jest zagrożony w swoim ludzkim bytowaniu. Na pozór wszystko toczy się utartym szlakiem. Człowiek się rodzi, później idzie do szkoły i zdobywa potrzebną lub niepotrzebną wiedzę. Dalej podejmuje jakąś pracę lub rozkręca własny biznes, zakłada rodzinę lub nie. Chciałby podróżować i poznać cały świat, a na koniec żyć dostatnio do końca swoich dni. To wygląda jak całkiem prosta droga. Ale trzeba zapytać, czy to jest droga do celu, czy droga donikąd?

Co sprawia, że człowiek spełnia się w swoim życiu? Ciekawa praca, czy wspaniała rodzina? A może medialny sukces? Czego tak naprawdę potrzebujemy, a co tylko wydaje się nam niezbędne do szczęśliwego życia?

Raczej trudno się zorientować, jak bardzo sztuczny świat człowiek stwarza dla siebie i wokół siebie. Mamy sztuczne tworzywa, które mają nam ułatwić życie. Mamy już sztuczną żywność, która także ma ułatwić nasze codzienne życie. Mamy sztuczną łączność i komunikację, co też ma ułatwiać nasze życie. Mamy już nawet sztuczne potrzeby, które mają nam uprzyjemniać życie. Mamy całkowicie sztuczny sport i sztuczny wypoczynek. A to wszystko razem daje nam tylko sztuczne zadowolenie. Po co to wszystko?

Współczesny człowiek nie wie już, co to jest prawdziwa radość albo prawdziwa miłość osobowa. Zadawalamy się sztucznymi przyjemnościami. Cała to sztuczność ludzkiego życia oparta jest na ludzkich pomysłach, czyli na myśleniu. Myślenie neguje rzeczywistość. Ono pogardza realnością i poniża wszystko, co realne. Tworzy natomiast jakiś świat możliwości, czyli „sztuczną realność”. Dzisiaj człowiek żyje możliwościami, a nie realnością. Wciąż goni za nowymi możliwościami. Dlatego nasze życie staje się coraz bardziej szalone, gdyż nieustannie ściga same możliwości. Pędzimy więc w nieznane, zamiast skupić się na tym, co realne, gdyż to jest trwałe i niezmienne. Pędzimy coraz szybciej, nie wiedząc nawet dokąd to nas zaprowadzi.

Czyżby świat oszalał? Nie! To oszalał sam człowiek. Oszalał na punkcie swojego myślenia. Okazuje się, że nic tak nie ogłupia człowieka jak myślenie. Czy można się ustrzec przed takim myśleniem? Nic nie jest tak podstępne jak myślenie. Ono zdołało oszukać człowieka zupełnie. Wmówiło mu, że stanowi zasadę realności, głosząc cogito ergo sum. Co więcej, oszukało go, że tworzy realną podmiotowość, nazywając ją res cogitans. Filozofowie racjonaliści byli zachwyceni tymi oszustwami myślenia, gdyż zdawało się im, że nareszcie odnaleźli doskonałość człowieka. Dali się wpuścić w maliny. Nawet nie podejrzewali, jak zwodnicze okaże się myślenie. Nie wiedzieli, że negując realność samo chce zająć jej miejsce. Myślenie pragnie zająć miejsce realności. Ono nie chce niczego więcej. Ale wie, że tylko wtedy zdoła pociągnąć człowieka do zguby.

Myślenie wabi nas swoim egoistycznym podejściem. Wmawia nam, że samo jest czymś najważniejszym, bo to dzięki myśleniu człowiek wyróżnia się spośród całej rzeczywistości. Jednak myślenie potrafi wyróżnić się z tej realności wyłącznie na zasadzie negacji. Tylko porzuciwszy wszelką realność możemy zachwycać się myśleniem, które przecież stanowi jedynie sferę możliwości. Odkąd człowiek pokochał myślenie, realność straciła dla niego znaczenie. Przestał się już trudzić, żeby poznawać to, co realne, gdyż to stało się zbyt trudne. Odtąd wystarczyło już tylko o czymś pomyśleć, żeby być pewnym, że to zaistnieje. Przecież Kartezjusz stwierdził, że wystarczy pomyśleć jasno i wyraźnie. Nikt nie zauważył, że jasno i wyraźnie myśli się najlepiej o samym myśleniu.

Trzeba zatem uparcie i wytrwale medytować. Po co nam realistyczna filozofia, kiedy mamy medytacje o filozofii. Człowiek zaczął się zachwycać swoim myśleniem (ale czy na pewno swoim?). Hegel popadł nawet w samouwielbienie na punkcie myślenia, gdyż udało mu się podporządkować myśleniu rzeczywistość. Należało tylko uznać, że myślenie rządzi rzeczywistością, a zasady myślenia tworzą rozwój realności. Hegel nie zauważył jednak, że myślenie rozwija i stwarza świat możliwości a nie realności. Ale u niego myślenie przyznało sobie zdolność stwarzania Ducha Absolutnego, nie wiedząc, że dogoniło jedynie Demona Myślenia, czyli Pierwszy Umysł Myślący. Nie ma większej herezji niż przypisywanie Bogu myślenia. To nawet nie jest antropomorfizacja lecz demonizowanie Boga.

Czy zatem powinniśmy się wystrzegać myślenia? Każdy powie, że nie sposób żyć po ludzku bez myślenia. Ale w swoim życiu człowiek nie może kierować się samym myśleniem. Jeśli chcemy działać w sposób osobowy, jeśli chcemy żyć osobowo, to musimy poznać i odkryć swoją osobę, która stanowi centrum realności. Myślenie nie ma kontaktu z realnością, gdyż wyrasta z negacji realności. Myślenie po prostu okrada nas z realności, czyli okrada nas ze wszystkiego, co jest osobowe. Na myśleniu albo na myślącej świadomości nie da się zbudować własnej realności. Na myśleniu nie można oprzeć ani moralności ani religijności. W oparciu o myślenie można co najwyżej stworzyć dowolność możliwości, czyli kompletny relatywizm moralny i religijny, albo jakiś synkretyzm poglądów pozorujący prawdziwą moralność i religijność (np. New Age). Dlatego to na myśleniu opierają się wszystkie wizje człowieczeństwa – albo egoistyczne albo totalitarne.

No to może potrzebne jest realistyczne myślenie? Myślenie, które zaprezentuje nam rzeczywistość, przecież człowiek stale myśli o wszystkim, co go otacza. Trzeba jasno powiedzieć, że realistyczne myślenie jest samo w sobie czymś sprzecznym. Myśląc o realności tylko się od niej oddalamy. Realność trzeba poznać i przyjąć, nie da się myśleć realnie lub o realności. A to już znaczy, że w realność trzeba uwierzyć. Wiara (credo) stanowi bowiem uznanie (assensus) realności. Augustyn mówił jeszcze, że wiara jest uznającym myśleniem (credere est cogitare cum assentione). Ale Tomasz z Akwinu zdefiniował już wiarę jako uznanie (assensus) bez dodatku myślenia. Dlatego należy stwierdzić, że wiara stanowi pozytywne uznanie realności, czyli taką akceptację realnego istnienia. Jednak akceptacja i uznanie nie są żadnym myśleniem, chociaż należą również do naszego umysłu. Myślenie jest stwierdzeniem czegoś dowolnego, zaś wiara jest zawsze potwierdzeniem realności (realnego istnienia), ponieważ jeśli przyjmujemy realność, to należy ją potwierdzić i uznać. Myślenie stwierdza tylko możliwości (stąd ontologia wyrosła na myśleniu rozważa byty możliwe), wiara natomiast potwierdza realność. Dlatego to wiara może nas uratować przed myśleniem, czego przeczucie miał już Jaspers. Dzisiaj mamy taką sytuację, że myślenie wygrywa z wiarą i stara się zepchnąć ją na margines nazywając „absolutyzmem” lub „zacofaniem” lub wprost „ciemnogrodem”. Myślenie stać tylko na manipulacje pojęciowe.

Otóż nasza osoba potrzebuje wiary i miłości, żeby obronić moralność człowieka i przywrócić mu należną godność. Nie ma godności bez moralności, ani moralności bez godności. Przecież prawdziwą wolnością człowieka jest jego godność. Prawdziwą wolnością jest bowiem aktywność ludzkiej osoby, która stanowi o jego godności. Wszystkie propozycje wolności wyboru przedstawiane przez nasze myślenie dotyczą jedynie możliwości działania, nie dotyczą zaś realnego i osobowego działania, jakim jest moralność i religijność człowieka. Dlatego człowiek musi walczyć o swoją wiarę i swoją miłość. Człowiek potrzebuje przede wszystkim wiary i miłości, ale potrzebuje też nadziei. Potrzebuje wiary zarówno w siebie jak i wiary w drugiego człowieka. Ale taką wiarę możemy zdobyć dzięki wierze w Boga będącego przyczyną wszelkiej realności. Człowiek potrzebuje także miłości. Potrzebuje miłości do bliźniego oraz miłości do Boga. Apostoł Paweł wyśpiewuje w swoim Hymnie: Gdybym miłości nie miał, byłbym niczym. Człowiek bez miłości byłby niczym, gdyż utraciłby całą swoją realność. Wiara i miłość łączą nas z realnością oraz z samym źródłem tej realności. Bez nich człowiek traci swoją realność zamieniając się w możliwość pomyślenia o sobie czegokolwiek. Dziś wszyscy chcą myśleć o sobie jak najlepiej, ale od tego nie przybędzie nam ani odrobiny realności. Człowiek chce być wszystkim innym a nie realną osobą. Dlatego wokół szaleje dowolność możliwości, skoro każdy próbuje wymyślić swój wizerunek. Niestety bez realności osoby człowiek po prostu rozpłynie się jak poranna mgła.

Jak to się dzieje, że myślenie pozbawia nas moralności i religijności? Po prostu odbiera nam tę realność. Otóż moralność i religijność można wyprowadzić z osobowej aktywności. Nie da się natomiast ich uzasadnić na podstawie myślenia. Cóż bowiem proponuje nam myślenie? Myślenie przedstawia naszej duchowości propozycje rozwoju przeróżnych możliwości, ale nie jest w stanie zaproponować niczego realnego, ponieważ myślenie nie zawiera w sobie realności. Realność jest dla myślenia czymś zupełnie obcym. Myślenie nie zdoła nigdy dosięgnąć realności. Ono co najwyżej pragnie ją sobie przywłaszczyć (na przykład gdy twierdzi, że wypływa z res cogitans). Otóż nie istnieje żadna myśląca rzecz lub substancja. Jest tylko świadomość, która uzurpuje sobie „podmiotową realność” pozostając jednak w sferze możliwości. Co więcej, Levinas pokazał, że ta „niby podmiotowość” próbuje wszystkim zawładnąć, żeby stać się czymś absolutnym. Tak jak u Hegla myślenie zawładnęło Duchem Absolutnym. Ale ta władza myślenia będzie tylko możliwością władzy, czyli faktycznie nicością. Świadomość chce w ten sposób zagarnąć wszystko, czyli sprowadzić rzeczywistość do możliwości pomyślenia.

Po co nam realność? Po co realność Boga lub człowieka, skoro wystarczy, że pomyślimy sobie o nich. Współczesnemu człowiekowi wystarcza myślenie. On już zapomniał o swojej realności i przestał jej potrzebować. Ale co to oznacza? To oznacza, że człowiek zatracił siebie i poddał się powabom możliwości. „Stwarza” sobie różne możliwości i goni za nimi do upadłego. Napawa się tymi wszystkimi możliwościami, nie wiedząc, że nic mu one nie dają, bo dać nie mogą. Jak tak dalej pójdzie, człowiek zginie w przepastnych otchłaniach możliwości, bo będzie się mu wydawało, że osiągnął coś wspaniałego (przecież poleciał na Księżyc). Myślenie potrafi być oszukańcze i zwodnicze, gdyż jest ono czymś demonicznym. To właśnie Demon, jako Pierwszy Umysł Myślący, zaczął myśleć i wymyślać niestworzone rzeczy. Myślenie posiada więc swoje grzeszne źródło i na pewno nie jest tworem Boga.

Myślenie pragnie odebrać człowiekowi realność i w ten sposób pozbawić go moralności i religijności. Moralność i religijność potrzebują realnego źródła. Taki realnym źródłem jest w człowieku osoba, która kontaktuje się z Bogiem. Jeżeli całe nasze życie duchowe wypływa z osobowego źródła, to wówczas staje się realne. Jeżeli zaś zaczyna płynąć ze świadomości i myślenia, to traci wtedy całą realność na rzecz możliwości. Jednak z możliwości nie da się wyprowadzić zasad moralnych i religijnych. Moralność i religijność wymagają całkiem realnych zasad i przyczyn. Moralność powstaje w naszej duszy na zasadzie słowa prawdy, czynu dobra oraz przeżycia piękna. To są bowiem zasady obecne w naszych władzach duchowych, które pojawiają się tam pod wpływem osobowej aktywności. Akt kontemplacji zaszczepia w umyśle słowo prawdy. Akt sumienia obdarza wolę czynem dobra, natomiast akt upodobania wywołuje w naszej uczuciowości przeżycie piękna. Inaczej nasze władze mogą tylko błądzić po omacku, raz działając lepiej a raz gorzej. Niestety, na takiej dowolności działania nie można zbudować trwałej moralności i religijności. Ponieważ wówczas zaczynamy budować naszą moralność na prawie, które stanowi propozycję naszego myślenia. To może być prawo Rzymskie albo prawo Kantowskie albo wreszcie nasze demokratyczne prawa człowieka. Oczywiście takie prawo porządkuje w jakiejś mierze ludzkie współdziałanie i współżycie, ale nie jest w stanie stworzyć moralności lub religijności. Moralność wyrasta bowiem ponad prawo, chociaż dzisiaj próbuje się podporządkować ją prawu stanowionemu przez Sejm lub Parlament. Jeśli prawo zawładnie moralnością, to będzie znaczyło, że myślenie pokonało człowieka, myślenie zwyciężyło nad realnością. Prawo jest bowiem tworem myślącego umysłu, zaś moralność jest efektem osobowej aktywności. Moralność wyrasta bowiem z osoby stanowiącej samo centrum ludzkiej realności. Albo więc człowiek oprze swoją przyszłość na realności, albo na myśleniu. Wszystko zależy od naszej mądrości lub głupoty.

Niestety dzisiaj nie uczy się już młodych ludzi, czym jest realność. W szkole nie znajdziemy personalistycznego wychowania. Uczy się tam wyłącznie poprawności myślenia. To może być poprawność polityczna lub ekonomiczna, ale nie ma mowy o realnej prawdzie. Dziś prawda przestała już być potrzebna. Jest określana jako coś niepoznawalnego, gdyż nikomu nie chce się trudzić nad zgłębianiem prawdziwej realności. Po co nam prawda, jeśli można zastąpić ją myśleniem. A myślenie nie lubi prawdy, może nawet jej nienawidzi. Prawda przeszkadza bowiem myśleniu, nie pozwala mu swobodnie serfować w sferze możliwości. Domaga się uznania, czyli wiary, zaś myślenie broni się przed uznaniem prawdy wszelkimi sposobami.

Myślenie nie lubi głębi, ono woli się ślizgać po powierzchni. Proponowana dziś wiedza zjawiskowa jest takim ślizganiem się po powierzchni. Dlatego wiedza naukowa nie dotyczy już realności. Tylko Papież JPII miał odwagę wołać: Nie lękajcie się wypłynąć na głębię. Ale do takiej postawy i takiego działania konieczny jest wewnętrzny heroizm. Kogo dzisiaj stać na takie poświęcenie? Nawet jeśli nie chodzi tutaj o poświęcenie własnego życia, lecz o walkę o swoją osobę. Najgorsze, co może spotkać człowieka, to przegrane życie. Nie wolno roztrwonić własną realność osoby, gdyż to ona jest czymś wspaniałym. Człowiek powinien walczyć o swoją realność i swoją osobę wbrew całej tej polityce i ekonomii demokratycznego państwa. To nie jest łatwa walka, gdyż wymaga wiele trudu i zaangażowania, ale to się naprawdę opłaca. Jeśli uratujemy i ochronimy swoją osobę, to wówczas możemy ją ofiarować innej osobie. Człowiek spełnia się w takim darze z samego siebie. Spełnia się, czyli osiąga doskonałość. Człowiek osiąga wówczas pełnię realności, która trwa wiecznie.