21.05.2017

Nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa



Trzeba dziś zapytać, co to znaczy, że nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa. Teologia od razu odpowie, że nie można inaczej zrozumieć powołania człowieka. Nie można wtedy zrozumieć powołania człowieka do łączności z Bogiem, powołania do osobowego życia z Bogiem, powołania do Królestwa Bożego, czyli do życia wiecznego.
Filozofia powiedziałaby raczej, że nie można zrozumieć roli człowieka w świecie. Nie można by zrozumieć osobowego życia człowieka. Bez łączności z Bogiem, bez łączności z Chrystusem człowiek jawi się tylko jako powiązany z naturą, jako powiązany ze światem przyrody. Tego próbują nam dziś dowieść nauki przyrodnicze, które traktują człowieka na poziomie zjawiskowym jako element świata przyrody, czyli świata materialnego. Człowiek zostaje wtedy pojęty jako zwykły punkt lub etap w rozwoju świata przyrody (świata materialnego). Człowiek staje się wówczas przypadkowym zjawiskiem w rozwoju przyrody. Natomiast to wszystko, czym góruje nad światem przyrody i materii, staje się tajemnicze i niezrozumiałe, a wreszcie bezsensowne i absurdalne. Nie należy o to w ogóle pytać i nie na sensu się nad tym zastanawiać, jak chciał neopozytywizm.
Człowiek staje się wówczas tylko takim kulturalnym zwierzęciem i nic więcej. Dziś wszystko zmierza w takim właśnie kierunku. Czy jednak człowiek chce być tylko kulturalnym zwierzęciem? Jak wyrwać go z tego amoku? Czy można pokazać absurdalność życia bez Boga? Czy można pokazać absurdalność kultury bez Boga? Czy trzeba znów podjąć walkę z wiatrakami, jak Don Kichote?
Już na samym początku pontyfikatu papież Jan Paweł II wypowiedział ważną i prostą myśl – Nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa. Ta myśl ma głęboki sens teologiczny. Ale dzisiaj okazuje się, że bez Chrystusa i bez teologii Boga-człowieka naprawdę nie sposób zrozumieć w pełni człowieka. Bez Objawienia Bożego nie da się w pełni zrozumieć człowieka. Bez Słowa Objawionego i bez Słowa Wcielonego człowiek nigdy nie poznałby samego siebie, nie poznałby swojej historii, nie poznałby swojego początku i końca. Bez tego wszystkiego człowiek żyłby w świecie i nie wiedziałby, co ze sobą zrobić. Albo uznałby wszystko za absurd, albo chciałby sięgnąć po władzę absolutną. Historia człowieka zna obie te skrajne propozycje. Człowiek już wielokrotnie stawał na skraju przepaści, jaką jest nicość, i głosił swoją niemoc. Z drugiej strony wielokrotnie starał się zawojować cały świat przy użyciu przemocy, wierząc w jakąś nieograniczoną potęgę swej woli.
Przed tymi skrajnościami miała człowieka ratować filozofia. Filozofia poszukiwała naturalnych i racjonalnych zasad, którymi mógłby się kierować człowiek podążając drogą „środka”, aby iść wciąż przed siebie. Czy jednak zdoła samodzielnie gdzieś dotrzeć? To już nie jest takie pewne. Filozofia ukazuje nam różne rodzaje szczęścia i różne celu ludzkiej wędrówki. Ale wszystkie te propozycje nie są oczywiste.


To, co najmocniej zafascynowało człowieka, a co jednocześnie stało się wyznacznikiem rozwoju naszej cywilizacji i kultury, to propozycja Sokratesa. To on nauczył ludzi wierzyć w człowieka i jego rozumną naturę. To on pierwszy przekonał nas, że rozum jest jedyny i najważniejszy, i że stanowi zasadę ludzkiego życia. To właśnie Sokrates pozostawił nam jasną i prostą propozycję szczęścia człowieka. Uznał bowiem, że naszą doskonałością i szczęściem jest wiedza i tylko wiedza. Takie pragnienie stało się dla filozofii celem i marzeniem. Tak naprawdę nie zmieniło się to po dzień dzisiejszy, chociaż już od jakiegoś czasu filozofię zastąpiła w tych sprawach nauka (wiedza naukowa). Ale we wszystkich poczynaniach człowieka ten ideał Sokratejski pozostał niezmieniony (zarówno gdy w średniowieczu uprawiano teologię i filozofię, jak również wtedy, gdy w czasach nowożytnych zaczęto uprawiać nauki przyrodnicze).


Jednak pojawia się pytanie, dlaczego mamy wciąż tę nieprzepartą świadomość, że ten ideał nie spełnił swego zadania, czyli że te wszystkie poszukiwania wiedzy nie dały człowiekowi szczęścia. Te poszukiwania nie spełniły pokładanych w nich nadziei, czyli nie przyniosły człowiekowi odpowiedniej doskonałości. Naukowcy wciąż się zastanawiają, czy czegoś nie przeoczyli, czy o czymś nie zapomnieli. Ale może po prostu wiedza nie jest w stanie zbawić człowieka.


Człowiek zawsze bronił się przed wiedzą objawioną. Traktował ją jak wiarę. Historia człowieka to również historia ludzkiego rozumu, który broni się przed wiarą. Dlaczego tak jest? Sokrates postawił wyłącznie na rozum. I cała filozofia poszła za nim. Dlatego w filozofii dominuje rozum i człowiek zostaje sprowadzony do samego rozumu. Nawet dalsze poszerzenie ludzkiej natury nie przyniosło żadnych rozstrzygnięć. Ideałem nadal pozostała wiedza. Tak samo jest w nowożytnej filozofii. Tak samo jest we współczesnej nauce. Można powiedzieć, że dziś ten Sokratejski ideał przejęła nauka. Może więc filozofia będzie mogła pójść zupełnie nową drogą. Może zdoła połączyć rozum i wiarę. Już wielokrotnie podejmowano to zadanie.


Sokrates dał nam do ręki potężne narzędzie – rozum. Przez to sam człowiek stał się rozumem. Ale przyszedł Chrystus, który ukazał nam wiarę i miłość, i pokazał doskonałość łaski Bożej. Filozofowie i teologowie chrześcijańscy podejmują próbę pogodzenia obu tych zasad. Już Augustyn chciał łączyć rozum z wiarą. A jednak w momencie, gdy rozum i wiara wydawały się być już najbliżej siebie w XIII wieku, znów stało się coś, co nie pozwoliło osiągnąć całej pełni. Znowu pycha rozumu i niepewność wiary sprawiły, że nie doszło do jedności. Przestraszono się pychy rozumu i nie znaleziono pewności w wierze. A później Reformacja na nowo zniszczyła przymierze rozumu i wiary.


Z kolei filozofia nowożytna podjęła próbę ratowania rozumu. W racjonalizmie znów zapanował rozum, który potem u Kanta sam zaczął wyznaczać sobie ścieżki wiedzy i moralności (czyli prawa). A kiedy w empiryzmie (Locke) rozum sprowadzono do wyników czysto naturalnych, to stwierdzono, że w rozumie wszystko powstaje w sposób empiryczny, czyli właściwie na podstawie warunków materialnych. Wówczas całkowicie zabrakło miejsca dla wiary. Wiara stała się uczuciem. Człowiekowi przypisano zmysł wiary. A to już wymusiło oderwanie wiary od rozumu i nauki, a następnie przeciwstawienie ich sobie.


Dlaczego wiara staje w opozycji do rozumu, a rozum w opozycji do wiary? Dlaczego wiarę przeciwstawia się rozumowi? Dlaczego wiarę przeciwstawia się człowiekowi albo społeczeństwu? Na pewno jest to spowodowane uzurpacją rozumu. Rozum, jako zawarty w naturze człowieka, ma mieć wszelkie prawa. Rozum dąży do całkowitego samostanowienia o człowieku. Ale do czego to prowadzi? Jeśli pozbawimy rozum jego osobowych korzeni, to będzie on zdolny tylko do grzechu i zboczenia. Ale poznając rzeczywistość będzie również zdolny do poszukiwania prawdy. Jednak cóż zdoła odkryć, nawet jeśli odkryje sam siebie? Będzie to wiedza i tylko wiedza. Dlatego najczęściej się zdarza, że rozum nie jest w stanie wyjść poza siebie i poza swoją wiedzę. Dowodem na to jest cała historia filozofii. Jeśli rozum przekraczał siebie, jeśli przekraczał swoje granice, to tylko pod wpływem impulsu z zewnątrz, czyli od Boga.


Jeśli więc teraz zapytamy, gdzie leży prawda? Po której stronie stoi prawda, czy po stronie rozumu, czy po stronie wiary? To trzeba odpowiedzieć, że prawda mieszka i tu i tu. Gdyż z jednej strony rozumowi jest dostępna jakaś prawda o świecie i rzeczywistości. Rozum może badać całą otaczającą nas rzeczywistość, rzeczywistość cielesną i materialną. Najlepszym przykładem jest filozofia i nauki szczegółowe. Ale poważny kłopot pojawia się wtedy, gdy rozum stara się wyjść poza rzeczywistość ziemską, czyli wtedy, kiedy podejmuje próbę dotarcia do Boga i tego, co w samym człowieku jest boskie. Wówczas rozum staje się bezsilny i musi jedynie zdać się na wiarę. W ten sposób traci swoją autonomię i samodzielność, musi poddać się wierze. To dla badawczego i naukowego rozumu staje się obrazą, dlatego woli pozostać w samotności swego panowania niż poddać się wierze. Ale tym samym odcina się na zawsze od tego, co boskie. A przecież prawda o tym, co boskie, jest zawarta wyłącznie w wierze i bez wiary nie zdołamy niczego tu osiągnąć.


Jeżeli więc chcemy osiągnąć pełnię prawdy o człowieku, to musimy posłużyć się zarówno rozumem, jak i wiarą. Bez wiary nigdy nie poznamy prawdy o człowieku. To właśnie głosi słynna teza Papieża, że nie można zrozumieć człowieka bez Chrystusa. Ponieważ poznać Chrystusa możemy tylko dzięki wierze i poprzez wiarę. I właśnie w naszej wierze w Chrystusa zawarta jest pełna prawda o człowieku, pełna prawda o stworzeniu i pochodzeniu człowieka, pełna prawda o jego doskonałości osoby i niedoskonałości natury. Dopiero wówczas zdołamy zrozumieć pojawienie się człowieka w tym ziemskim świecie. Dopiero wówczas możemy zrozumieć powołanie i zadanie człowieka. Dopiero wówczas zdołamy zrozumieć cały bytowy status człowieka (jego osobę i naturę). Bez Chrystusa nie można by było pojąć człowieka jako osoby. Nie można by było postawić tego problemu, gdyż to dyskusja nad osobą i naturą Chrystusa wprowadziła do wiedzy o człowieku nowe i ważne pojęcie osoby. Bez wiary w osobowego Boga ani w filozofii, ani w teologii nie pojawiłaby się problematyka osoby ludzkiej i boskiej.


Bóg umiłował człowieka bezinteresownie. Umiłował go jak własne dziecko (dla niego samego). Z tej miłości Bóg dał człowiekowi osobowe życie. To tylko dzięki Bogu człowiek stał się osobą i jako osoba został stworzony. Bóg zrodził z miłości osobę człowieka (Adama). Adam był osobą ludzką, został stworzony jako osobowy człowiek.


I gdyby człowiek (Adam) działał w łączności z Bogiem, to dalej rodziłyby się ludzkie osoby, czyli ludzie nieskażeni grzechem i nieśmiertelni. Ale Adam i Ewa nie zachowali łączności z Bogiem. Sami wzięli się za rodzenie. Lecz niestety, zrodzili już tylko grzesznych i śmiertelnych ludzi, gdyż przez cielesne zrodzenie mogli przekazać jedynie skażoną naturę człowieka. Zabrakło natomiast osoby i życia osobowego, które pochodziły wprost od Boga.


Szatan, który chciał rozdzielić człowieka od Boga, odebrał człowiekowi status osoby. Szatan przez swoją namowę pozbawił człowieka osobowej egzystencji, czyli osobowej łączności i więzi z Bogiem. Odebrał człowiekowi osobę i relacje osobowe. Dopiero Chrystus – jako sam Bóg – miał moc przywrócenia osobowej więzi z człowiekiem. Chrystus obdarzył nas łaską, czyli od nowa przywrócił nam pełnię osoby i osobowego życia. Wszystko to dzieje się poprzez sakramenty święte.


Antychryst – diabeł, czyli ten, który rozłącza – jest antyosobą. Diabeł jest zupełnym samotnikiem, którego nie stać na żadne więzi lub relacje. On stara się wszystko rozłączyć, chce zerwać wszystkie ludzkie związki. Diabeł chce rozłączyć to, co Bóg połączył. To on rozdziela małżonków. Diabeł nienawidzi łączności między ludźmi i łączności ludzi z Bogiem. Nienawidzi wspólnoty między osobami. To on zamierza rozerwać wszystkie realne więzi między ludźmi i między nimi a Bogiem. W ten sposób diabeł pragnie wszystko zabrać człowiekowi i zamknąć go w klatce samotności. Musimy się przed tym bronić. Apage satanas.


Bóg nam wszystko daje, a diabeł wszystko zabiera. Bóg daje nam wiarę, a diabeł ją odbiera. Bóg daje nam miłość, a diabeł ją zabiera. Bóg daje nam osobę i osobowe życie, a diabeł nam to zabiera. Bóg daje nam wieczność i nieśmiertelność, a diabeł to odbiera. Bóg daje nam wszystko, co dobre, cenne, ważne i realne, a diabeł nam to wszystko odbiera, pozostawiając tylko złudzenia i pozory.


Decyzja o naszym ludzkim życiu należy do nas samych. To człowiek wybiera, czy chce żyć w łączności z Bogiem i ludźmi, czy chce żyć samotnie bez więzi osobowych, jak diabeł. To człowiek sam decyduje, czy chce być dzieckiem Bożym, czy sierotą (bękartem) szatana. Dlatego wszelkimi siłami powinniśmy się trzymać Boga, powinniśmy żyć w nieustannej łączności z Bogiem, aby nie zginąć, ale mieć życie wieczne. Zerwanie z Bogiem i upadek są wiecznym zatraceniem. To przedstawiają wszystkie wizerunki piekła. Ale tak naprawdę piekło to samotność, to zerwanie wszelkich więzi i kontaktów z innymi osobami. Piekło to „czarna dziura”, która wszystko pochłania, wszystko zabiera, ale nic nie daje w zamian. Jeśli już nie jesteśmy w stanie nic nikomu dać, to już jest koniec i kompletna nicość, totalna klęska. Nicość to zupełna i doskonała samotność. To całkowita samodestrukcja i samozagłada. To jakby Sartrowski byt dla siebie (l’etre pour soi). Wydaje się, że w ten sposób najlepiej zdefiniowano szatana. Ale dopóki człowiek żyje na tym świecie, zawsze ma możliwość nawrócenia i odmiany swojego życia. Jednak do tego potrzebna jest moc łaski Bożej. Bez łaski nie ma zbawienia.


To diabeł czy szatan jest absurdem, a nie wiara w Boga. Absurdem jest diabeł i grzech, zaś Bóg jest siłą i potęgą, Bóg jest mocą i pomocą. Bóg jest dla człowieka zrozumieniem, czyli pełnią poznania i działania. Bóg jest prawdą i życiem. Jeżeli twierdzimy, że ludzkie życie jest niezrozumiałe i absurdalne, to już odchodzimy od Boga, porzucając Chrystusa i Ewangelię. Jeżeli tak twierdzimy, to już stajemy po stronie diabła, to już wybieramy grzech i absurd.

[Tutaj o Kierkegaardzie]


Bez Chrystusa nie sposób byłoby pojąć człowieka jako osobę. Człowiek jawiłby się wówczas jako szczególny wyjątek w świecie przyrody. Byłby pojęty jako byt rozumny i duchowy, jako ktoś, kto kieruje się rozumem i rozumnym poznaniem, jako ktoś, kto decyduje o swoim życiu i działaniu. Ale wówczas całe duchowe życie człowieka sprowadzałoby się tylko do wiedzy i jej rozumowego charakteru. W tym ujęciu człowiek działałby na podstawie swojej wiedzy, wybierając swoje drogi i bezdroża. Taką propozycję przedstawia nam filozofia na różnych etapach swojego rozwoju. Według filozofii człowiek kieruje się wiedzą, która pochodzi albo z samego rozumu i jego zdolności, albo ze zmysłów i doświadczenia, albo z obu tych źródeł naraz. Czy jednak taka wiedza daje człowiekowi pełne możliwości rozwoju? Czy taka wiedza może być podstawą całego ludzkiego życia i źródłem szczęścia człowieka? Czy dla człowieka taka wiedza może być źródłem wszystkiego, co go dotyczy? Czy taka wiedza może być jedyną zasadą życia?


Dlaczego człowiek tak wytrwale i rozpaczliwie poszukuje wiedzy? Czy jest to może próba sprowadzenia wszystkiego do samego siebie, czyli do swojej wiedzy. Levinas uważa, że jest to próba sprowadzenia wszystkiego do własnej świadomości (czyli właśnie do rozumu i jego wiedzy). Wtedy rozum staje się czymś wszechogarniającym, zdolnym zawładnąć całą rzeczywistością. Jeśli człowiek zdobywa wiedzę, to znaczy, że zdobywa coś dla siebie, zdobywa dla siebie to wszystko, co wie i ogarnia, zaś cała reszta przestaje się liczyć, gdyż nie obejmuje jej nasza wiedza. Ale to pokazuje, że w takiej filozofii wiedza wyprzedza rzeczywistość, że chodzi przede wszystkim o zawłaszczenie świata dla siebie, a już dalej o manipulowanie rzeczywistością. Wtedy wszelkie działania człowieka stają się wyłącznie manipulacją. Ale tak naprawdę człowiek ostatecznie manipuluje jedynie samym sobą.


W Raju człowiek zerwał osobowy kontakt z Bogiem. Tym samym utracił w ogóle możliwość osobowego spotkania. Zrywając kontakt z Bogiem człowiek stracił również kontakt z realnym dobrem. Stracił całkowicie możliwość dotarcia do dobra. W ten sposób człowiekowi dobro gdzieś uciekło. Człowiek pozbawił się dotyku dobra. Zerwanie osobowego kontaktu z Bogiem i człowiekiem powoduje pozbawienie się dobra, utratę realnego i osobowego dobra. Odtąd człowiek nie ma możliwości dotarcia do dobra i godności drugiego człowieka.


Wówczas człowiek zaczyna dążyć do dobra własnego (czyli do dobra dla siebie, do tego dobra, które pojmuje jako dobro własne – dobro dla siebie). W tej sytuacji człowiek sam podejmuje próbę określenia, co jest dla niego dobre. Sam musi się kierować tylko swoimi naturalnymi zdolnościami poznawczymi. Dlatego człowiek dąży do poznawczego kontaktu z odpowiednim dobrem. Człowiek pragnie rozpoznać dobro. Człowiek dąży do poznania dobra i dopiero wtedy może je wybierać.


Podejmując próbę rozpoznania dobra człowiek zaczął uprawiać filozofię. Filozofia podjęła zadanie określenie, co jest dla człowieka dobre. Człowiek rozpoczął myślenie o tym, co jest dobre, a co złe. Zaczął poszukiwać wiedzy o dobru – o dobru człowieka i państwa. Tak powstała etyka i polityka. Etyka powstała jako teoria dobra własnego, czyli jednostkowego dobra dla mnie. Polityka powstała jako teoria dobra wspólnego, czyli dobra społecznego lub politycznego (dziś mówi się o sprawiedliwości społecznej). Właśnie na zasadzie pojęcia sprawiedliwości etyka miała się łączyć z polityką (tak było już u Platona).


Filozofia stała się racjonalizacją ludzkiego życia. Skoro ludzka natura wyraża się w rozumności człowieka, to powinien on żyć według wskazań rozumu i jego zdolności. Dlatego człowiek zaczyna kierować się wiedzą, czyli teorią. Filozofia jako etyka i polityka staje się teorią ludzkiego życia i działania. Od tej pory człowiek zaczyna się kierować teorią, a nie zwyczajami. Zwyczaj lub obyczaj to był utrwalony sposób postępowania, to była trwała praktyka, ale jeszcze nie teoria. Filozofia postanowiła to radykalnie zmienić. Filozofia zamierza narzucić tu swoją teorię (jako wiedzę pewną).


Tę drogę filozofowania rozpoczął Sokrates. Pierwszy określił jasno, co jest dla człowieka dobrem. Dla niego dobrem bezwzględnym stała się wiedza. W ten sposób poznawcze poszukiwanie dobra dotarło jedynie do siebie samego. Poznanie dotarło bowiem do wiedzy. Sokrates był święcie przekonany, że to jest pełne i prawdziwe dobro człowieka. Ale takie dobro było tylko wiedzą i myśleniem. Tak zakończyła się próba zdefiniowania człowieka wyłącznie poprzez pojęcie rozumu.


Jeśli uznamy, że człowiek kieruje się tylko rozumem, to rozum stanie się ostateczną zasadą ludzkiego życia. Rozum stanie się panem i władcą człowieka. Rozum, który ma panować, będzie chciał zdobyć autonomiczność. Autonomiczny rozum z kolei chce wszystko zagarnąć i zawłaszczyć dla siebie, czyli pragnie wszystko utożsamić ze sobą, jak powiada Levinas o świadomości. Rozum-świadomość zawłaszcza cały świat i sprowadza go do siebie oraz do swojego myślenia. Rozum stara się ogarnąć różne rzeczy, pragnie ogarnąć je swoją myślą i zamknąć w pojęciu (potem w wiedzy). Tylko to, co mogę pomyśleć, tylko to, co myślę w sposób jasny i wyraźny, tylko to wiem i ogarniam (Kartezjusz). Wtedy wszystko, co myślę, staje się moje, staje się moją własnością, staje się moją prawdą i moim dobrem, staje się moim szczęściem (jak u Sokratesa). Człowiek ciągle popełnia grzech gnozy uważając swoją wiedzę za swoje szczęście i zbawienie. A ta wiedza staje się tylko zasłoną rzeczywistości.


Wszystko zaczęło się na początku w Raju. Człowiek po prostu odbierał dobro i czynił je. Człowiek żył dobrem. Doświadczał go bezpośrednio. Można powiedzieć, że człowiek nie znał wtedy jeszcze pojęcia dobra, ani pojęcia zła. Nie miał o nich jeszcze żadnej wiedzy i wcale tego nie potrzebował. Doświadczał samego dobra. Odbierał i doświadczał go sercem, czyli na poziomie nieuświadomionym (intelekt bierny plus wola). Ale jeszcze nie pojmował dobra i zła. Dopiero kiedy człowiek zerwał kontakt z Bogiem, wtedy stracił głębokie doświadczenie i doznanie rzeczywistości. Jednocześnie stracił całe doświadczenie dobra.


Od tej pory poznanie i wiedza zastąpiły doświadczenie. Człowiek utracił doświadczenie rzeczywistości, stracił kontakt z sensem bytu, stracił kontakt z sensem świata i przyrody, stracił kontakt z sensem człowieka, czyli z sensem samego siebie. Dlatego człowiek rozpoczął poznawać świat i tworzyć wiedzę, zaczął tworzyć i wymyślać swoje sensy, czyli już znaczenia pojęć. W ten sposób powstała filozofia jako pojęciowe myślenie o świecie i o człowieku, potem o człowieku i o Bogu. Zatem intelektualne doświadczenie (kontemplacja), zostało zastąpione przez pojęciowe myślenie. Słowo serca zostało zastąpione przez pojęcie. Na początku do serca docierało prawdziwe słowo stanowiące sens bytu. To słowo serca było bezpośrednim powodem czynu i działania. To słowo prowadziło do czynu. To słowo nadawało działaniu właściwy sens i wartość. Takie działanie było zawsze właściwe i dobre. Jednak wraz z utratą doświadczenia człowiek stracił możliwość kierowania się bezpośrednim sensem bytu. Wtedy powodem i racją działania stało się myślenie (czyli myśl i pojęcie), ale to prowadziło wprost do ujęć idealistycznych. Nasze myślenie nie pasuje bowiem do rzeczywistości (nie przylega do niej w pełni), gdyż pochodzi już od rozumu dodając jego aktywność poznawczą. Człowiek stracił bierność doświadczenia, przez co nie ma możliwości dotarcia do samej istoty i sensu bytu. Dlatego ujmując świat zjawiskowo musi teraz sam tworzyć swoje znaczenia dopasowując je do poznawanego bytu.


Dopiero dzisiaj filozofia pozwala nam odróżnić słowo (i mowę) od myślenia (jak u Levinasa). A to już pozwala nam poszukiwać nowych rozumień, i przez to zrozumieć, co stało się z człowiekiem od samego jego początku.


Początkiem myślenia jest negacja (odrzucenie) realności. Ludzkie myślenie przesiąknięte negacją pochodzi od szatana. Ludzkie myślenie bierze swój początek z kłamstwa szatana. Kiedy człowiek był sam, szatan podsunął mu sprytnie negację dobra. Właśnie na tym polegało pierwsze kłamstwo: Bóg zabronił wam jeść, czyli odebrał wam dobro. Człowiek dał się złapać na ten haczyk.


Człowiek przestał działać, przestał czynić dobro, a zaczął negować, czyli myśleć i poznawać. Dlatego od tego momentu działanie człowieka przestało kierować się słowem (wtedy przestało się kierować Słowem Bożym), a zaczęło kierować się myśleniem. Człowiek zamienił słowo na myśl (na pojęcie), zamienił słowo, które było skutkiem rzeczywistości (istnienia), na myśl, która stała się już skutkiem rozumu (jakby skutkiem samego człowieka).


Odtąd człowiek będzie musiał kierować się myśleniem, gdyż utracił stan pierwotnej czystości i niewinności (stan doskonałości). Człowiek utracił zdolność kontemplacji jako zdolność bezpośredniego doświadczenia intelektualnego. Dlatego człowiekowi pozostało tylko myślenie, własne idee i cały idealizm. To jest trwałe złudzenie człowieka. Przez całą swoją historię człowiek obwarowuje się złudzeniami myślenia. Odgradza się od rzeczywistości murem lub ścianą (the wall) idei i pojęć (ścianą idealizmu). Ale tym samym odgradza się od Boga. I tylko z Bożą pomocą człowiek może przełamać ten mur idealizmu. Bo tylko wiara w Boga może uleczyć rozum z czystego myślenia. Wiara w istnienie Boga, w istnienie świata, w istnienie człowieka.


Wydaje się zatem, że wiara nie sprzeciwia się rozumowi, ale przeciwstawia się myśleniu pojęciowemu. Wiara daje bowiem uznanie (akceptację), a nie negację. Natomiast myślenie dysponuje tylko negacją (tak jak w dialektyce). Myślenie nie zna bowiem końca, wciąż coś rozważa i bada; raz coś uznaje, a potem to, co przyjęte i uznane, poddaje w wątpliwość, aby wreszcie zanegować. Rozum sam z siebie jest w stanie wszystko zanegować, wszystko odrzucić albo wszystkim zawładnąć i wszystko opanować.



Wiara rodzi się ze słowa. To słowo, które dociera do naszego serca i umysłu wywołuje wiarę, czyli pełne uznanie słowa.

Po pierwsze wiara rodzi się ze Słowa Bożego (Verbum Dei), czyli ze Słowa objawionego oraz ze Słowa Wcielonego.

Po drugie wiara rodzi się ze słowa głoszonego przez ludzi, czyli ze słowa mówionego (praedictio). Wiara może się narodzić także z wzajemnej rozmowy dwóch ludzi.

Po trzecie wiara rodzi się z naturalnego słowa bytu, czyli z tego, jak przemawiają do nas różne byty, stworzone przez Boga. Świat przemawia do nas swoim sensem. Bonawentura twierdził, że świat jest cieniem i śladem Boga. Z kolei Pseudo-Dionizy mówił, że świat jest manifestacją Boga.


Człowiek rozmawia z człowiekiem. To osoba mówi i przemawia do drugiej osoby. Osoba śle słowo do drugiej osoby, osoba przekazuje słowo drugiej osobie. Osoba daje słowo drugiej osobie, to osoba obdarza nas swoim słowem. Z kolei człowiek-osoba może przyjąć czyjeś słowo. Przyjąć to znaczy uznać i zaakceptować. Wiara jest przyjęciem i uznaniem słowa drugiej osoby. Człowiek z natury przyjmuje czyjeś słowo. Człowiek jest otwarty na słowo płynące do niego. Jak pisał Buber, człowiek jest istotą dialogiczną.


Jeżeli ktoś kłamie, to znaczy, że daje złe i puste słowo. Wyrządza tym osobie krzywdę, gdyż zamiast coś dawać, daje tylko „nic”, daje zło, czyli sprawia brak i pozbawienie. Nie można przyjąć i uznać niczego (nicości). Kłamstwo jako złe słowo odbiera nam wiarę, gdyż nie ma wówczas czego uznać. Bowiem uznanie kłamstwa jest akceptacja nicości.


Odebranie wiary to zerwanie podstawowej łączności między osobami. Przyjęcie słowa jest bowiem pierwszym nawiązaniem kontaktu osobowego. Słowo i wiara jest pierwszym spotkaniem osób. Wiara jest pierwszym spełnieniem takiego spotkania. Jeśli uwierzyłem w czyjeś słowo, to wierzę zarazem w niego samego (w jego osobę). Ta wiara może stać się podstawą dalszych relacji osobowych – miłości i nadziei. Dlatego możemy powiedzieć, że prawdziwe spotkanie dwóch osób rodzi się w wierze i dzięki wierze.


Prawdziwa rozmowa i dialog dokonuje się wtedy, gdy daję komuś słowo. Ja muszę dać komuś słowo. W słowie musi być zawarta wola osoby (informacja o tym byciu dla kogoś). Jeśli mówię dziecku, że je kocham, to właśnie daję mu swoje słowo (czyli coś obiecuję i przyrzekam). Ważne jest tu zarówno to, że daję, jak i to, że jest to moje słowo. Na tym polega obietnica i przymierze.


Pamiętajmy, że jeśli się na kogoś gniewamy, to zabieramy swoje słowo lub chcemy je komuś odebrać, bo mówimy – już Cię nie kocham! Jeśli dziecku coś dajemy, a potem to odbieramy, to powstaje zwątpienie i niewiara. Dziecko traci wiarę w słowo i w człowieka. W ten sposób powstaje destrukcja osobowości, gdyż rozum i wola tracą swoje oparcie i fundamenty.